Drogę przez
chaszcze na podwórku torowało nam wojsko z sieradzkiej
jednostki wojskowej. Musiało być! To słabość do żołnierzy, munduru i
piosenki wojskowej.
Dzieci nie trzeba było zachęcać do pomocy. Nie
pojechaliśmy wtedy na wakacje. Grabienie skoszonych chwastów,
sprzątanie śmieci, gruzu to była nasza wspólna praca.
Któregoś wieczoru nasi świetlicowi chłopcy (15-19 lat) z
mężczyznami ze Stowarzyszenia wpadają zmęczeni ale szczęśliwi -
"stodoły nie ma szaletów też, sami, własnymi rękami, sami!"
6 stycznia 1999r. z grupą pierwszych dzieci byliśmy już u siebie w Domu, w Godynicach.
Nasze początki...
Cieszyliśmy
się, że mamy Dom, z każdym tygodniem jakieś prace budowlane kończyły
się, ale nie był to też czas łatwy… Przez pierwsze dwa lata nie
mieliśmy praktycznie dotacji na utrzymanie, a pieniądze były potrzebne
- na dokończenie budowy, wyposażenie Domu, zagospodarowanie terenu, no
i ... za coś trzeba było żyć...
Pierwsze krzesła do kuchni i bańkę na mleko podarowali nam ludzie ze
wsi. Żebyśmy mogli wszyscy usiąść przy stole do posiłku, to nasi
„budowlańcy” podarowali nam paczki styropianu. Podobnie
wyglądała sprawa naszego wyżywienia. Liczył się każdy grosz, ważny był
każdy gest, każdy dar... Przywołajmy kilka sytuacji.
Zapasy przywiezione z klasztoru pokończyły się. Nie ma
ziemniaków, nie ma warzyw, nie ma też pieniędzy, żeby pojechać
do klasztoru czy też coś kupić. Jemy wspólnie obiad, a tu
nagle… pukanie do drzwi. Wchodzi jedna z mieszkanek wsi i
mówi: „Mamy sporo ziemniaków, warzyw, może
przyniesiemy wam ze dwa worki. Przy okazji dostaliśmy jeszcze trochę
dżemów. Takich przykładów można by było mnożyć.
Czasem było tak, że zajeżdża na podwórko traktor, dzieciaki
wołają kogoś dorosłego – „ Ja tylko przywiozłem wam
ziemniaki”. Ktoś inny warzywa, mleko, jajka.
„Zabiliśmy świnię, macie na spróbowanie”. Pierwsza
taca w niedzielę na Mszach Św. została przeznaczona na nasz Dom...
Pierwsza nasza Wielkanoc w Godyniach. W niedzielę rano przychodzą
mieszkanki wsi - każda z nich przynosi babkę czy inne ciasto
wielkanocne. – „To taki nasz skromny znak życzliwości i
pamięci, chcemy Wam powiedzieć, że cieszymy się, że jesteście, niech
Wam będzie tutaj dobrze”. To nie był tylko jednorazowy
gest.